Moja Ekstremalna Droga Krzyżowa 28/29 czerwca 2019,

a właściwie to trasa na wzór EDK - Niepołomice EDK Puszcza.



    Na EDK wybraliśmy się z Niepołomic, ze starego kościoła pod wezwaniem Dziesięciu Tysięcy Męczenników. Ciekawe wezwanie.

Aplikacja EDK, która normalnie dostarcza treści rozważań drogi krzyżowej w formie tekstowej i audio oraz, co wydawał się ważne, mapy połączonej z GPS. Dzięki temu mając włączona aplikację w czasie EDK wiemy gdzie jesteśmy i którędy iść. Ma ona tez funkcję ostrzegania o zboczeniu z trasy. Niestety z jakiegoś powodu apka EDK miała błąd uniemożliwiający ściągnięcie trasy, więc funkcja mapy stała się bezużyteczna. Na szczęście żona wykopała z archiwum mapkę w formie papierowej. Niemniej teksty rozważań miały się przydać, a nawet, o czym na początku nie wiedziałem, miały się bardzo przydać też rozważania w formie nagrań audio, ale o tym później.

Dla kogoś, kto lubi chodzić po górach, 24km po relatywnie płaskim terenie to nie jest jakieś szczególne wyzwanie. Z moją obecną kondycją, nie mogę powiedzieć, że to tylko spacerek, niemniej nie jest to taki kaliber jak Ekstremalna Droga Krzyżowa, którą przeszedłem początkiem kwietnia (41km). Normalnie EDK odbywa się w warunkach zimowych, lub wczesnej wiosny. Jest w ów czas zwykle zimno i deszczowo, a czasem pada śnieg. Tymczasem ta wyprawa (trasa na wzór EDK – Puszcza) zapowiadała się jako kaszka z mleczkiem. Temperatura od 20’C do 14’C, brak wiatru, brak opadów, na niebie ani jednej chmurki… istny spacerek w ładną pogodę. Zupełnie brak ekstremizmu. Jedynym, potencjalnym zagrożeniem wydawała się być senność. Planowany przeze mnie czas powrotu do samochodu to około godziny 2:00 w nocy.

Nie chciałem by był to zwykły, nocny rajd, więc razem z żoną, naszą EDK zaczęliśmy od mszy świętej zwłaszcza, że było to święto Najświętszego Serca Pana Jezusa. Dawało to nam możliwość skorzystania z odpustu zupełnego (po spełnieniu zwykłych warunków) z czego skorzystaliśmy, więc jakby nas jakieś auto rozjechało trafilibyśmy prosto do nieba.




Po mszy świętej zakończonej procesją dookoła kościoła, powrót do samochodu po plecaki, psiknięcie się jakimś środkiem przeciw komarom, (który zostawiliśmy w bagażniku) i wyruszyliśmy w drogę do pierwszej stacji. Jest około godziny 19:00. Na tym odcinku nie ma obowiązku zachowania milczenia. Przy pierwszej stacji czas na napisanie ostatnich SMS'ów, pożegnania się z rodziną… no, przesadzam. Nie aż tak ekstremalnie. Ale wyciszenie telefonu, odpalenie aplikacji z rozważaniami miało sens.

Po odczytaniu pierwszych rozważań ruszyliśmy w milczeniu do stacji drugiej. W czasie takiego marszu powinien być czas na przemyślenia, ale ja zająłem się odpędzaniem komarów (komarzyc). Po kilkuset metrach droga wchodzi do lasu, a właściwie Puszczy Niepołomickiej. Moja żona szła pierwsza, a ja za nią. Widziałem na tle jej plecaka, jak eskadry żądnych krwi komarów, wspomaganych przez nieliczne, ale zdeterminowane bąki, zrywały się do lotu z przydrożnych zarośli, by wessać się w nasze żyły. Ilość komarów w takim jednym rzucie, przekraczała liczbę trzydziestu. Jak tu się skupić na przemyśleniach, jak trzeba walczyć przeciw insektom o przetrwanie? Wpadłem na pomysł wybicia znacznej ilości napastników poprzez wystawieniu nagiego przedramienia na przynętę i uśmiercania na nim owadów. Niestety wredne, krwiożercze potworki jakby przewidziały mój plan i nie chciały usiąść na wystawionym przedramieniu. Wolały atakować kostki u nóg, skórę głowy, szyję i twarz. Na szczęście nie świadczy to o ich inteligencji, ale o skuteczności środka przeciw komarom, którego najwięcej użyłem na, jak mi się wydawało, najbardziej narażone partie ciała, czyli przedramiona. Jedynym, w miarę skutecznym sposobem na pozbycie się chmary komarów znad głowy był krótki bieg na drugą stronę ulicy i szybki powrót. Takim manewrem udawało się zgubić część owadów.




Kolejna stacja, czas na odczytanie rozważań. Niestety zatrzymanie się w miejscu sprawiało, że stawałem się łatwym celem dla komarów. Odczytanie tekstu rozważań w warunkach bzyczenia koło ucha, którego pozbycie się groziło chwilową utratą słuchu (pacnij komara na uchu otwartą ręką, a dowiesz się co mam na myśli), stawało się ekstremalnie trudne. A miał być spokojny spacerek na luzie…

Ruszamy dalej. Zamiast rozważać przeczytany przed chwilą tekst, zaczynam się zastanawiać co ja tutaj robię. Przecież mógłbym teraz siedzieć na fotelu, popijać zimne piwo i grać w ulubioną grę na komputerze. Idąc w towarzystwie chmury komarów, zmęczyłem się bardziej niż powinienem, bo tempo jest szybsze, aby zostawić w tyle choć część z atakujących komarów. Zanim zaczniesz się ze mnie nabijać, że boje się kilku owadów, postaw się na moim miejscu. Przede mną jeszcze jakieś sześć godzin robienia jako główne danie dla owadów, a ja po niecałej godzinie jestem już tym serdecznie zmęczony i mam dość. Trasa EDK prowadzi przez puszczę poprzecinaną kanałami wodnymi, co nie daje nadziei, że później będzie lepiej. Pan Jezus na swojej drodze krzyżowej mógł mieć podobne myśli. Czy nie lepiej „(…) poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów”* by Go obroniły? Po co się męczyć dalej, skoro ma się możliwość wciśnięcia przycisku awaryjnego? Anioły, albo szybki powrót do samochodu, zimne piwo, ciepłe łóżko...

Zastanawiam się, kiedy komary idą spać. W mojej pamięci są wspomnienia o wrednych, bzyczących owadach o 3:00 w nocy. Chyba nigdy nie śpią jak czują jedzonko (picie). Razem z żoną mamy przechlapane. Patrzę na żonę z ukrywana nadzieją, że wymięknie i postanowi wracać, ale nie. Twardo idzie dalej niosąc na plecaku dodatkowy balast w postaci bąków i komarów.

Kolejna stacja. Zatrzymuje się i zaczynam czytać rozważania. Komary żyć nie dają. Jak się idzie to jakoś mniej atakują. Idąc zataczam niewielkie koło i próbuje czytać, ale komary pchają się z każdej strony usiłując napić się mojej krwi. Źle się czyta jednocześnie chodząc i odganiając się od komarów. Wpadam na pomysł, by puścić rozważania w formie audio. Znajduję odpowiednie mp3 w telefonie, puszczam dość głośno, telefon do kieszeni, bo ręce zajęte odpędzaniem się od latających owadów. Ktoś przejeżdża na rowerze. Pierwszy odruch to wyciszyć rozważania, bo jakoś głupio się poczułem z myślą, że ktoś usłyszy, że jestem w lesie by się modlić. Dlaczego? Dobre pytanie, ale nad nim zastanawiał się będę później. Teraz ważniejsza się wydaje być walka z komarami.




Pomimo temperatury bliskiej 20’C, moja żona ubrała przeciwdeszczową kurtkę z kapturem. Ja mam tylko czapkę bejsbolówkę (odkryta szyja). Niemniej w ubranym na siebie swetrze polarowym, który miałem ubrać dopiero gdyby w nocy było zimno, teraz jest mi gorąco. Domyślam się, że nasz pot zacznie spraszać komary z najdalszych okolic. Niedobrze.

Kolejna stacja, rozważania z mp3, walka z komarami, nie ma kiedy pomyśleć i skupić się na czymś poważniejszym. Robi się coraz ciemniej, papierowa mapa staje się mniej czytelna. Gdzieś w oddali naszą drogę przecina rodzina dzików. Mam nadzieję, że nie ma tu jakiś groźniejszych dla nas zwierzaków, choć idąc w towarzystwie komarów ma to drugorzędne znaczenie.

Za nami mniej więcej połowa drogi. Wychodzimy z puszczy w miejscowości Kłaj. Komary jakby ustępują, a właściwie na pewno opuszczają nas. W tym miejscu chcę podziękować wszystkim mieszkańcom Kłaju, którzy wytępili dla nas komary z okolic swoich domów. Dziękuję.



Dalsza droga przebiega już spokojniej. Czuję wielką ulgę, że nie ma komarów i zadowolenie, że jednak nie wymiękliśmy i idziemy dalej.

W puszczy trochę mylimy drogę odwiedzając inne miejsce pamięci pomordowanych Polaków przez Niemców, niż było w palnie ale docieramy do końca EDK cali, choć zmęczeni i pogryzieni.

Morał z tej historii taki, że EDK nawet w lecie, przy dobrej pogodzie i w wersji light (trasa na wzór EDK, bo poniżej 40km) potrafi być ekstremalna.


PS: Kilka dni po powrocie, aplikacja EDK znów wczytuje trasy. Ech…

* Cytat z Biblii Tysiąclecia Mt.26,53


Filmik z wiosennej EDK 2019